Od tygodnia trwają zabawy amerykańskim wojskiem w Polsce i w Europie. Nikt chyba nie jest w stanie powiedzieć, ilu żołnierzy amerykańskich będzie gotowych do działań wojennych na naszym terytorium w perspektywie najbliższego miesiąca.

Rozmowy polskich polityków z przedstawicielami administracji Trump’a owiane są mgiełką tajemnicy, bo nikt nie chce powiedzieć, że w Polsce będzie stacjonowało maksimum pięć tysięcy Amerykanów, a w ogóle to dla Trump’a wycofanie żołnierzy z Niemiec było dokładnie tym samym, co wycofanie ich z Polski.
Kiedy Amerykanie przestali pomagać Ukrainie, to praktycznie opuścili bazę pod Rzeszowem i przekazali ją Europejczykom. Nikt wtedy nie zwracał uwagi na liczbę żołnierzy albo nikt nie chciał głośno powiedzieć, że tych żołnierzy jest dużo mniej niż dziesięć tysięcy. Od roku przypuszczam, że nie było ich więcej Polsce niż siedem tysięcy. Hi, hi, hi… A może Polska płaci USA za dziesięć tysięcy, a stacjonuje ich pięć tysięcy? Może taki jest pomysł Trump’a na zarabianie? W tym chorym układzie z amerykańskim wojskiem, które pierwsze ucieknie podczas jakichkolwiek działań wojennych, możliwe jest wszystko.
Amerykanie nie wygrali nigdy żadnej wojny, wyjąwszy wojnę secesyjną, którą też przegrali. Berlin przecież dostali w prezencie od Rosjan, a Japonia skapitulowała, bo znamy wszyscy skutki przeprowadzenia eksperymentu jądrowego na tysiącach niewinnych ludzi. Ta rzeź w Japonii była największym ludobójstwem w historii ludzkości. I największym tchórzostwem wojskowym, jakiego można było się dopuścić.
W ramach zdrowego rozsądku, skoro Ukraina potrafi się obronić przez tyle lat przed Rosją, to o jakim zagrożeniu dla Polski my myślimy. Mamy czas na rozsądne decyzje bez USA i chorego psychicznie, pomarańczowego pedofila z Białego Domu.
Piotr Tomski