Wczoraj zakończyło się referendum w sprawie wznowienia negocjacji Islandii z Unią Europejską dotyczących przystąpienia tej północnej „perły” do Wspólnoty. Negocjacji jednak nie będzie. Lud zabrał głos: nie.

  Dla mnie sprawa jest bardziej zabawna niż ważna. Z perspektywy mojego życia na Islandii — a nawet mojego życia w ogóle — same negocjacje i ich finał nie miałyby większego znaczenia. Niezależnie od wyniku przez najbliższe dziesięć lat nic by się nie zmieniło, a późniejsze zmiany w moim położeniu również niewiele by dały: emerytury nikt mi nie podniesie, a gwarancji samych składek nikt na Islandii nie zamieni w gwarancję wypłat. Hi, hi, hi… Większość mieszkańców wyspy nawet nie zdaje sobie sprawy z ograniczonego charakteru tych gwarancji emerytalnych.

  Podobno decydującym powodem niechęci wobec Unii były ryby. Paradne! Myślałem, że historyczna krótkowzroczność jest domeną Polaków, ale Islandczycy nas przebili. Nie chcę tu snuć długich wywodów, więc wspomnę tylko dwa rybne epizody z historii Islandii. W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku kraj pogrążył się w głębokim kryzysie gospodarczym, bo Islandczycy przecenili wartość ryb. Na świecie były one wyjątkowo tanie, więc ich połów przestał się opłacać. Po drugiej wojnie światowej Islandczycy wygrali wojny dorszowe z Wielką Brytanią i zaczęli na rybach zarabiać. Nie dostrzegają jednak jednego: ktoś im wtedy na to pozwolił i miał ku temu powód. Dziś nie ma już ani tego kogoś, ani tamtego powodu, a za plecami czekają Chińczycy z tanią rybą łowioną półlegalnie na wodach międzynarodowych. Rzeź w rybołówstwie jest nieunikniona.

  W ramach tego mojego śmiechu dopiszę jeszcze jedno: wygrała skorumpowana grupa kapitałowa islandzkich prezesów. Narodowi obiecano wejście do tego grona, a naród uwierzył, że za chwilę na Islandii będzie trzysta tysięcy prezesów. Hi, hi, hi…

  Piotr Tomski

Dodaj komentarz