Mam wrażenie, że opublikowane informacje o panach Mentzenach definitywnie sprowadzą Konfederację do poziomu progu wejściowego do Sejmu. I dobrze. Z organizacji pluralistycznej, ideowej i rozsądnej stała się bandą religijnych oszołomów od Chrystusa króla, na którą już nigdy więcej nie mogę zagłosować. Niestety.
Najpierw odebrali mi różańcami na pięściach Marsz Niepodległości. Teraz odebrali mi ostatnią partię prawicową, która prezentowała w jakiejkolwiek konfiguracji moje poglądy polityczne. Jako polityczna sierota muszę teraz głosować na „demokratyczną opozycję”. Hi, hi, hi… Decyzję podjąłem już wcześniej, ale ostatnie doniesienia „Gazety Wyborczej” o liderze Konfederacji utwierdziły mnie w niej. Na jesieni pierwszy raz w życiu zagłosuję na Tuska et consortes.
Zastanawiam się teraz, czy Korwin wiedział, komu przekazuje partię? Korwin nie jest idiotą i powinien o tym wiedzieć. W takim razie dlaczego Korwin namaścił Mentzena? I tu jest clou problemu. Sprawa brata pana Sławka jest powszechnie znana od kilku lat i łatwo można było przewidzieć jej znaczenie. Dlaczego Korwin był tak nieostrożny? A może zwyczajowo Korwin chciał zakpić ze swoich zwolenników i na koniec swojej politycznej aktywności zniszczyć swoje ostatnie polityczne dzieło? Miał przecież do wyboru innych: Dziambora czy Sośnierza. Nie rozumiałem tej decyzji w ubiegłym roku i właściwie po niej Konfederacja zniknęła z moich myśli, ale teraz widzę właśnie ostatni żart stetryczałego dziada.
I chcę mi się tylko śmiać.
Piotr Tomski