Za czasów słusznie minionych w peerelu odbywał się kolarski wyścig pokoju, który dla krajów ludowej demokracji był czymś ważnym, bo zajmującym umysły niewolników systemu. Ale do rzeczy: jako dziecko czekałem na transmisję telewizyjną z wyścigu i marzyłem najbardziej o kraksie na ostatnim zakręcie przed stadionem albo już na bieżni stadionu, co było jeszcze efektowniejsze. Tak. Już jako dziecko nie byłem dobry. A dzisiaj te wyścigi kojarzą mi się z PiS w kampanii wyborczej. Hi, hi, hi…

  PiS kupiło swoim kolarzom najdroższe i najlepiej wyposażone rowery, postawiło widzów na drodze wjazdowej do stadionu, żeby w kwiatach rzucali kamieniami w konkurentów i polało bieżnie w miejscach, o których wiedzieli tylko ich kolarze. I co z tego wynikło? Na pierwszych miejscach wjechali na stadion zawodnicy PiS, ale bieżnia tak rozmiękła, że przy dużej szybkości wszyscy się poprzewracali, połamali i nie byli zdolni przejechać ostatnich kilkuset metrów, natomiast ci obrzuceni kamieniami przed stadionem jechali już na tyle wolno, że błoto na bieżni przejechali i wygrali wyścig. Bywa i tak.

PiS zaczęło obracać tak dużą kasą, że dla szarych obywateli sytuacja jest nieakceptowalna. Kradzieże, wyłudzenia i oszustwa w majestacie tworzonego prawa stały się normą, ale wiedza o tym dopiero się rozpowszechnia. Do wyborów PiS pochłonie piekło uświadomionego elektoratu. Inaczej musiałbym przyznać, że Polacy zasłużyli sobie na swoją historię męczeństwa i mesjanizmu. Hi, hi, hi…

  Piotr Tomski

Dodaj komentarz