W drugim wymiarze wiarygodności

Pierwszego dnia po wyborach zaczęło się tłumaczenie, że realizacja pisowskich obietnic wyborczych będzie utrudniona, bo w Senacie większość ma opozycja. Opozycja w Senacie ma większość, bo – jak powiedział sam prezes Kaczyński – PiS nie wystawiał kandydatów, którzy by wygrali na pewno, ale były do nich zastrzeżenia natury formalnej, podobne do zastrzeżeń kierowanych wobec wybranego na senatora pana Gawłowskiego.

Ja chyba śnię albo oni rozum stracili w tej ostatniej kampanii wyborczej i z posłem Nitrasem się zadają. Z powyższej wypowiedzi genialnego stratega wynika, że w PiS nie ma odpowiedniej liczby „znanych i lubianych” ludzi, którzy byliby w stanie bez problemów wygrywać wybory, a zatem ta liczba odpowiednich ludzi jest ograniczona do kilkuset. Taka partia ma kilkuset ludzi odpowiednich do wystawienia ich w wyborach? Z taką liczbą odpowiednich ludzi oni chcą rządzić polską?

Prezesowi ostatnio dużo miesza się w tej jego genialnej głowie i zaczyna snuć genialne myśli na wzór dziadka Stalina. Chodzi mianowicie o „stworzenie nowych elit w Polsce”, co kolejny raz powiedział Kaczyński publicznie w formie koniecznego do zrealizowania projektu PiS. Mrzonki o tworzeniu tych elit słyszałem już kilka lat temu, ale zrzuciłem to na niefortunny sposób mówienia geniusza z Żoliborza, jak też pierwsze jego słowa o Polakach gorszego sortu uznałem za brak ogłady. Pomyliłem się bardzo w moich ocenach. Dalsze rozwijanie myśli społecznych wielkiego stratega jest czystym stalinizmem.

Powstaje wobec powyższego jedno pytanie: jak kilkuset ludzi ma stworzyć w Polsce nowe elity i usunąć, jak odbieram słowa prezesa, ludzi gorszego sortu? No właśnie. Prezes po prostu plecie bzdury, których nikt o zdrowych zmysłach nie zamierza realizować, a wiarygodność w tej sytuacji jest w … drugim wymiarze. W drugim wymiarze wiarygodności było wstawanie z kolan w polityce międzynarodowej, kiedy nowelizacja nowelizacji ustawy o IPN była w Wiedniu robiona pod dyktando Izraelczyków. Pozbawieni resztek godności osobistej będą budować nowe elity. Hi, hi, hi …

Piotr Tomski

No i po wyborach

Nie opadł jeszcze kurz po bitwie wyborczej i nie wygasły emocje, a już wiadomo, że nie wiele się zmieni w rządzeniu Polską. Pierwsze deklaracje prezesa PiS nie pozostawiają złudzeń. Po co zatem zadaliśmy sobie trud głosowania? Nie wiem. Hi, hi, hi …

Mój wybór – Konfederacja – wszedł do Sejmu, ale po przeliczeniu głosów metodą D’Hondta otrzymała jedenaście mandatów poselskich. Niestety, metoda preferująca ugrupowania, które otrzymują więcej głosów, nie jest sprawiedliwym odzwierciedleniem poparcia społecznego. Konfederacja otrzymała ponad milion głosów i ma jedenastu posłów, a zatem PiS, które otrzymało siedem razy więcej głosów, powinno mieć siedemdziesięciu siedmiu posłów. Różnicę po przeliczeniu metodą D’Hondta znamy wszyscy. Nie jest to na pewno uczciwe, ale kto chciałby to teraz zmieniać, kiedy „rodzina magdalenkowa” rządzi Polską w najlepsze i dzięki tej metodzie resztę opozycji marginalizuje bardzo skutecznie.

Głosowałem ze świadomością, że oddaję głos na ludzi, którzy będą mieli po ewentualnym wejściu ograniczone możliwości działania, a w zasadzie ich głównym zadaniem będzie patrzenie władzy na ręce i mówienie o jej nadużyciach, błędach albo niekompetencji. Cel został osiągnięty. Sam Korwin zaraz po wyborach tak właśnie zdefiniował rolę Konfederacji w nowym Sejmie.

Na chwilę jeszcze wrócę do pierwszych deklaracji prezesa PiS i jego wywodów na temat ich wiarygodności. Otóż powiedział prezes, że w tej kadencji będą duże trudności z zachowaniem ich wiarygodności. Żałować należy, że prezes nie powiedział tego przed wyborami. A ja głupi narzekałem kiedyś na Tuska, który takie odkrycia o trudnościach robił po każdych wygranych przez Platformę wyborach.

Piotr Tomski

Zdradę mają w genach

Zastanawiam się ostatnio, co spowodowało w Polakach wiarę w Amerykanów jako sojuszników. Partia rządząca opiera na tej wierze bezpieczeństwo Polski, a większość Polaków (ja również do niej należałem jeszcze trzy lata temu) przyjmuje to niczym prawdę objawioną. No właśnie, skoro sam należałem do tej większości, to czym się kierowałem w takim myśleniu?

Wydaje mi się teraz, że podstawowym czynnikiem była fascynacja amerykańską wolnością i tak zwaną walką o demokrację na wielu poziomach, co Amerykanie w mojej wyobraźni rozsiewali po całym świecie. Inaczej to określę: uwierzyłem w propagandę z hollywoodzkich filmów. W relacji z prymitywną propagandą peerelowską albo radziecką Amerykanie musieli wygrać. Mam wrażenie, że wielu Polaków na ten chwyt się nabrało, ale też wielu nie chce się przyznać do popełnionego błędu i dalej brnie w marzenia o sojuszu, który działa tylko w jedną stronę i tylko w sferze merkantylnej.

Fascynacja tak zwanym państwem prawa i znaczeniem sądów była następnym efektem działania mediów, który u mnie nastąpił właściwie wbrew logice oraz podstawowej wiedzy o Ameryce. Niestety. Podobnie było z amerykańskim systemem władzy wykonawczej i mitycznym wpływem dziennikarzy śledczych na uczciwe funkcjonowanie tej władzy, w co wierzyłem prawie jak w Boga po aferze z impeachmentem Nixona.

Powyższe kwestie były w tej propagandzie okraszone takim pięknym, sielankowym życiem spędzanym na wiecznej zabawie w otoczeniu pięknych, zaawansowanych technologicznie przedmiotów, czyli były okraszone wizją dobrobytu dla większości pracujących obywateli. Porównanie tego dobrobytu do rzeczywistości polskiej z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych ubiegłego wieku musiało skutkować miłością do Ameryki.

Nie wiem, czy inni wpadli w podobną pułapkę, ale ja już z tych fascynacji wyszedłem, a dobrobyt okupiony upodleniem w odhumanizowanych uwikłaniach, w których trzeba sprzedać siebie, rodzinę, przekonania i wszelki imponderabilia – żyjąc za kredyty różniące się jedynie skalą – zastąpiłem skromnym życiem rodzinnym z ograniczonymi potrzebami. No cóż. Może to jest tylko moja następna fascynacja, która wynika z zamknięcia fascynacji Ameryką. Nie wiem, ale czuję się dobrze jako Polak, który nie kocha Ameryki z jej style życia.

Czy Polak w ogóle może kochać kraj, którego władze zdradziły Polaków w czasie II Wojny Światowej i wepchnęły Polskę w łapy rosyjskie, bo tak im się opłacało. Rosja radziecka była okupantem Polski od 1939 roku, a mimo tego faktu Amerykanie Polskę w całości oddali Rosjanom, po czym setki tysięcy Polaków oddało bezsensownie życie. Czy tym aktem zdrady mamy się również fascynować? Czy może mamy o tym nie pamiętać, jak ja próbowałem nie pamiętać?

Historia Ameryki jest historią zdrad i niedotrzymanych umów. Polacy są tylko drobnym elementem tej historii. Zaczęło się przecież od zdradzenia angielskiego króla przez jego poddanych, a rozwinęło się poprzez zdradzanie tubylców i zrywanie z nimi wszelkich umów. Tak ta historia biegnie przez stulecia. Dzisiaj może jedynie Izraelczycy i Żydzi mogą powiedzieć, że Amerykanie jeszcze ich nie zdradzili. Dzisiaj! W czasie II Wojny Światowej do takiej zdrady Żydów doszło. Kuba. Wietnam. No i dzisiaj Kurdowie w Syrii.

Czy z drugiej strony ktoś każe narodom całego świata zawiązywać sojusze z Ameryką? Czy ktoś każe tym narodom pokładać nadzieję w Ameryce? Czy ktoś kazał Kurdom wierzyć w Amerykę? Nie. Niech każdy włączy myślenie, a przede wszystkim niech każdy korzysta z wiedzy powszechnej, wtedy Amerykański „król będzie nagi” i nikogo już nigdy nie zdradzi dla kasy.

Piotr Tomski

Niepewność i oczekiwanie

Wyniki sondażowe z wyborów, które podano bezpośrednio po zakończeniu głosowania ponownie – podobnie do wyborów do parlamentu europejskiego – dają Konfederacji poparcie niezbędne do wprowadzenia posłów do Sejmu na granicy błędu statystycznego. PiS natomiast ma większość samodzielną i może stworzyć samodzielnie rząd. Lewica wróciła do Sejmu, a Platforma zwana Koalicją Obywatelską zajęła drugie miejsce, chociaż powinna przejść na śmietnik historii podobnie do PSL z Kukizem.

Mam nadzieję, że nie powtórzy się po przeliczeniu faktycznych głosów sytuacja z poprzednich wyborów. Cieszyłem się wtedy, że wchodzą posłowie z Konfederacji, a rano cieszyć się przestałem i czułem się po prostu oszukany. Niestety. Mam nadzieję, że słowa Korwina po ogłoszeniu tych wstępnych wyników będą prorocze i kontrolerzy wyborów z Konfederacji pomogli w przeprowadzeniu uczciwych wyborów.

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę tylko wobec powyższych wątpliwości, że wszyscy moi bliscy zmobilizowali się i całą piątką głosowaliśmy na Konfederację.

Piotr Tomski

 

 Jednak warto być za Tokarczuk

Nagroda Nobla dla Pani Tokarczuk wywołała sporo zamieszania na prawej stronie Internetu i nie było to zamieszanie przyjemne. Niestety! Wszyscy Polacy mogli się cieszyć z sukcesu polskiej pisarki, ale móc nie znaczy chcieć. Wyszło, jak zwykle wychodzi w Polsce podzielonej na dwa plemiona i kilka klanów. Pod adresem pisarki posypały się wyzwiska i zaczęło się przypominanie oraz wulgarne komentowanie jej wypowiedzi na temat Polaków, którzy jej zdaniem masowo mordowali Żydów albo zwierzęta.

W zaistniałej sytuacji musimy jednak pamiętać, że wszyscy jesteśmy Polakami; Pani Olga Tokarczuk też jest Polką. Nie możemy słuchać podszeptów jakichś ograniczonych umysłowo osobników, którzy twierdzą, że Polakami są tylko wyznawcy katolicyzmu, wyborcy jednej partii albo posiadacze jedynie słusznych przekonań. Polacy mogą mieć różne przekonania i swobodnie je głosić, a inni Polacy powinni to akceptować i ewentualnie proponować im merytoryczną dyskusję z zachowaniem wszelkich zasad społecznych przy zastosowaniu odpowiedniej hierarchii wartości. No właśnie. Nie musimy się jako Polacy od razu zabijać za jakieś sarny – Pani Olgo. Hi, hi, hi … Możemy porozmawiać o prawach każdego człowieka do uczciwego procesu, oczyszczającej kary za popełnione przestępstwa i możliwości resocjalizacji dla każdego. Czy nie na tym opiera się system państwa praworządnego, o który Pani Tokarczuk tak walczy? Czy zatem można przestępcę po prostu wrzucić do studni i skazać na śmierć? Pani Olgo!?

Ja w każdym razie jestem dumny z nagrody Nobla dla Polki i nie będę na oczach całego świata wszczynał awantur o wyższość prawicy nad lewicą, kiedy „racja stanu” wymaga jedności, dumy i właśnie pokazania światu, że jesteśmy zupełnie normalni. Za chwilę znowu ktoś nam powie, że straciliśmy dobrą okazję do tego, żeby chociaż siedzieć cicho.

Piotr Tomski

 

Zabawa dobiega końca

Kiedy patrzy się na sondaże przedwyborcze i przewagę PiS we wszystkich badaniach, to można stwierdzić jedynie, że zabawa już się skończyła. Wyniku wyborów już chyba nic nie zmieni – nawet gdyby pojawiły się niepodważalne dowody na to, że prezes Kaczyński jest sodomitą, a Mateusz Morawiecki jest jego ulubionym kochankiem.

Prawdy, dowody czy fakty nie mają w tej kampanii już najmniejszego znaczenia. Pod tym względem to chyba pierwsza kampania na takim poziomie zakłamania albo ja po raz pierwszy nie mam w niej jednoznacznie określonego osobistego „faworyta” i dlatego widzę wszędzie jakieś braki. No cóż! Będę głosował na Konfederację z racji najmniejszego zła, ale jej wynik raczej „nie powali”, dlatego moje głosowanie sprowadza się do działania w imię zasad. W sumie działanie w imię zasad jest moim przekleństwem od dzieciństwa i nie muszę się wyzwalać z niego do śmierci. Hi, hi, hi …

Z perspektywy tej kampanii czteroletniej kadencji Sejmu żałuję tylko bardzo moich głosów na PiS w poprzednich latach. W 2015 roku jesienią po wygranych przez PiS wyborach dostałem pierwszy, jasny sygnał ostrzegawczy w postaci mianowania na ważne funkcje rządowe Mateusza Morawieckiego. Już wtedy jako pierwszy powiedział Paweł Kukiz, że usłyszał od Kornela o przyszłym premierze w osobie Mateusza. Po półtora roku byłem już wyleczony z PiS, bo PiS okazała się gorszą wersją PO kontrolowaną przez grupę starych krewnych z Magdalenki. Jest mi po prostu przykro, ale w polityce takie wrażenia nie robią wrażenia, a zatem mogę zgodnie z zasadami oddać głos na jedyną opcję wolną od tych najstarszych zależności.

Z perspektywy tej kampanii i ostatniej kadencji Sejmu zakończyła się też moja zabawa z dużą grupą publicystów i dziennikarzy. Definitywnie przestałem czytać wielkiego Rafała Ziemkiewicza, a w całym „Dorzeczy” znajduję zaledwie kilka znośnych publikacji i już wiem, że po wygaśnięciu subskrypcji nigdy jej nie wykupię. Przestałem subskrybować i czytać „Sieci” oraz ich pochodne. Żal mi wydawanych pieniędzy na propagandę partyjną PiS. Hi, hi, hi …

Piotr Tomski

Współpraca z Rosją czy sojusz

Wypowiedzi Korwina przeszły już do historii polskiej polityki, a manipulowanie wypowiedziami Korwina przeszło do historii politycznej propagandy. Niedawno osobiście zarzucałem Korwinowi głupotę lub niewłaściwe przekonania i wyrażanie przychylności dla zomowców, ale obecna „afera” z sojuszem z Rosją po prostu mnie wprowadza w stan osłupienia.

Rozumiem przyczyny ataku na Konfederację w różnych środowiskach, które walczą z patriotyzmem polskim, określając go mianem faszyzmu, a wszelkie odruchy obronne społeczeństwa w postaci szkoleń strzeleckich czy nawoływania do zmiany przepisów w kwestii posiadania broni przez Polaków traktują jak zbrodnię. Rozumiem, bo te środowiska się boją. Strach ma „duże oczy”. Strach nigdy nie prowadzi do rozsądnych działań, natomiast nie powinien być jedynym powodem do ataku, agresji czy zwykłych kłamstw. Strach zresztą można leczyć. Hi, hi, hi …

Strach przed Rosją też jest uleczalny. Współpraca z Rosją jest w całej Europie dopuszczalna i nawet pożądana, natomiast w Polsce będziemy udawać, że Rosja jest naszym wrogiem. Co jest w tym najciekawsze, to w kwestii niewłaściwości wypowiedzi Korwina o współpracy czy sojuszu z Rosją larum podnieśli ludzie z Onetu, którzy pracują dla Niemców, a ci z kolei z Rosją robią największe interesy. Jak tę okoliczność zinterpretować? Wprost! Nie wolno Polakom nadwerężać niemieckich interesów z Rosją.

Logiki w atakach na Korwina zresztą brakuje wszystkim, bo wyznawcy PiS powinni się zastanowić przede wszystkim, kto do granic absurdu rozwinął import węgla z Rosji. Czy ten rozwój importu byłby możliwy bez wsparcia i odpowiedniej polityki państwa? Nie uważam generalnie dzisiaj, że import węgla z Rosji jest złym rozwiązaniem, ale przecież zarzuty o współpracy z Rosją nie dotyczą nikogo poza Korwinem i ogólnie Konfederacją.

Piotr Tomski

 

 

 

 

Konkretów brak

Kampania wyborcza jest w szczytowej fazie i wyborcze obietnice sięgają Himalajów, ale z tego chaosu trudno jest ustalić jakąkolwiek wizję najbliższej przyszłości w Polsce, bo kwestie najistotniejsze dla wszystkich Polaków są pomijane albo uznawane za nierozwiązywalne. Dostęp do leczenia, koszty energii elektrycznej czy bezpieczeństwo publiczne w połączeniu ze sprawnością wymiaru sprawiedliwości są traktowane powierzchownie, w hasłach, bez konkretów.

Program PiS w tysiącach słów próbuje te problemy omówić, ale … konkretów brak. Kolejne reorganizacje nie poprawią dostępu do leczenia, jeśli cały system nie oprze się o realne rozliczanie usług medycznych oparte o płacenie przez państwo z pieniędzy Polaków za faktycznie wykonane usługi. Koniec z przedpłatami „od głowy” dla lekarzy rodzinnych! Koniec równoległych struktur administracyjno-kontrolnych w systemie opieki zdrowotnej! Ścisła kontrola systemu przez niezależne struktury obywatelskie! Rozumiem, że to są kolejne hasła, ale ich realizacja byłaby uzdrowieniem sytuacji w polskiej służbie zdrowia.

Kolejne deklaracje w kolejnym programie PiS o renegocjacji pakietu energetyczno-klimatycznego nie doprowadzą do jego zmiany, jeśli polskie władze tych negocjacji nie rozpoczną. Od pięciu lat PiS kończy problem w sferze deklaratywnej i koszty energii z powodu opłat za emisje CO2 rosną, a rekompensaty dla indywidualnych odbiorców naruszą definitywnie unijne przepisy i sprawa w końcu uderzy w kieszeń przeciętnego Polaka.

Bezpieczeństwo publiczne jest szerokim pojęciem, ale skupmy się na tych elementach, które przeciętny Polak widzi codziennie i może w każdej chwili odczuć, kiedy zostanie okradziony bądź napadnięty, kiedy zostanie oszukany czy ktoś będzie go podtruwał systematycznie nawet w jego domu. Jak działają różne służby, które mają chronić przeciętnych ludzi? Jak działa prokuratura? Jak działają sądy? Mówienie, że jest zła sytuacja, niczego nie zmienia. Konkretów wszystkim brak, bo znowu nie ma odważnych na powiedzenie, że system trzeba wywrócić do góry nogami i narzucić mu ścisłą kontrolę przez niezależne czynniki, o których wspomina również polska konstytucja w sformułowaniu o udziale obywateli w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości. Tak, tak … Jeśli prokuratorzy będą się sami nadzorować, dyscyplinować i ewentualnie karać, to nic dobrego z tego nie wyniknie, jak już nie wynikło. Podobnie można powiedzieć o sędziach, policjantach czy ludziach z różnych służb bardziej lub mniej specjalnych.

Wygrana PiS jest realna i dlatego jestem pewien, że przez cztery lata będziemy w Polsce dalej reformować, naprawiać i patrzeć, że wszystko jest, jak było, i wszystko będzie, jak było.

Piotr Tomski

W polityce zawsze w prawo

W drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku stosowanie w polityce podziału na prawicę i lewicę jest dla wielu ludzi sztuczne i przestarzałe. I nie ma bardziej błędnego poglądu. Tym wielu ludziom zapewne chodzi o wprowadzenie zamieszania w głowach mniej zaangażowanych w sprawy społeczne, żeby dokonywali wyborów politycznych powierzchownie i bezrefleksyjnie. No cóż! Sam wiele razy zbliżałem się do tego błędnego przekonania i dlatego chcę ostrzec innych: nie dajcie się zmanipulować.

Najlepszym przykładem manipulacji w tej kwestii jest działalność polityczna Pana Jarosława Kaczyńskiego z jego całym otoczeniem. Przez siedemnaście lat od momentu pojawienia się na polskiej scenie politycznej kazał nazywać się politykiem centrowym, czyli był politykiem nijakim. Od dwunastu lat jest politykiem prawicowym i to w takim stopniu, że tworzy „jedyną prawdziwą partię prawicową w Polsce”. Ta prawicowa partia Pana Kaczyńskiego ma jednak lewicowy program społeczny. Jak to pogodzić? Nie da się pogodzić socjalistycznego zespołu haseł z prawdami społecznymi, niestety.

Równie dobrym przykładem manipulacji jest wprowadzenie wątków obyczajowych do polityki i wyznaczanie nimi lewicowości bądź prawicowości w zależności od stosunku danej grupy politycznej czy polityka do homoseksualizmu, aborcji lub poliamorii. Wychodzi z tego zawsze nowoczesność lewicy i ciemnota prawicy. Jaki naprawdę te sprawy mają związek z polityką? Jeśli przepisy prawa powyższe sprawy uwalniają całkowicie, to tego związku już nie ma i nie będzie do chwili, w której polityka ponownie wlezie ludziom pod bieliznę. Acha, nie dajcie się nabierać na równość w marszach, bo ludzie nie są równi, nigdy nie byli równi i równi nigdy nie będą, o co najlepiej zapytać biologów i adwokatów z dobrych kancelarii prawnych.

Określenie kogoś „prawy człowiek” brzmi wspaniale, natomiast „lewizna” kojarzy się jednoznacznie, dlatego w polityce zawsze będę stał po prawej stronie. Hi, hi, hi …

Piotr Tomski

 

 

Brudna kampania PiS

Telewizja publiczna stała się od kilku lat telewizją polityczną jednej partii i nawet nie zachowuje pozorów obiektywizmu, bezstronności czy zwykłej uczciwości. „Prawicowy” PiS ostatnio dzięki tej „publicznej” telewizji eliminuje z przestrzeni publicznej kolejny raz konkurencję na prawicy. Niestety. O Konfederacji w telewizji się nie mówi albo mówi się tylko źle i przypomina tylko najgłupsze wypowiedzi Konfederatów. Pracownicy tej telewizji są na tyle bezczelni, że pytani o swoją stronniczość po prostu się śmieją i nie odpowiadają, a na antenie gotowi są już na fałszowanie wyników sondaży, w których pomijają Konfederację przekraczającą próg wyborczy.

I co można z powyższym zjawiskiem zrobić? Ja nie oglądam telewizji publicznej, ale to nie jest rozwiązanie, bo ta telewizja należy do wszystkich Polaków i wszyscy Polacy powinni w niej znaleźć coś dla siebie. Stosowanie metod z czasów peerelowskich pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku jest żenujące i w cywilizowanym świecie śmieszne. No właśnie. W tym cywilizowanym świecie dzieją się rzeczy jeszcze dziwniejsze (klimatyzm, zachwyt nad Marksem czy równanie patriotyzmu z faszyzmem), a zatem robienie czegokolwiek z polską telewizją publiczną jest pozbawione sensu. Żal tylko tych pieniędzy wydanych na propagandę partyjną i propagowanie najprymitywniejszych wzorców kulturowych, żeby pozyskać tak zwane „mięso wyborcze” w rytmie disco polo, ale z drugiej strony prawa demokracji są przecież nieubłagane i taka jest większość Polaków.

Pisałem już kiedyś, że fenomenem polskim jest brak poparcia i zrozumienia ze strony większości dla prawdziwych patriotów, którzy dla ojczyzny w czasach tak merkantylnych są gotowi poświęcać własne życie. Fenomen kwitnie w telewizji publicznej i będzie kwitł dalej w oczach zielonych, niebieskich i czarnych. Kwitł będzie ten fenomen w rytmie chocholego tańca – tym razem disco polo.

Piotr Tomski