Znam pana Hołownię od czasów, w których pisał felietony do jednego z czytanych przeze mnie tygodników społeczno-politycznych. Czytałem co tydzień, bo miałem wyjątkowo dużo czasu. Tak. Zabijałem czas felietonami pana Hołowni i może dlatego nie mam szczególnego upodobania do myśli publicystycznej i myśli politycznej tego pana.

Foto: Grok dla trudneg

  Pan Hołownia był bez wątpienia zaangażowany w sprawy religijne i na każdym kroku to podkreślał.  Z felietonów wiedziałem, że chciał oddać czy poświęcić życie na służbę Bogu w klasztorze. Cała jego kariera medialna była później naznaczona religijnym cieniem, który przez pana Hołownię był dodatkowo podkręcany jego książkami. I w takim cieniu pan Hołownia wszedł do polityki, dzięki czemu od razu był taki amerykański. Hi, hi, hi… Konserwatysta, patriota z żoną w wojsku i mocno wierzący chrześcijanin. Wprost idealny kandydat do gier politycznych. Jak to mówią: kto by nie chciał takiego zięcia?

  Współczuję ludziom, którzy uwierzyli panu Hołowni w jakikolwiek sposób. Okazało się ostatnio, że od zakończenia wyborów prezydenckich pan Hołownia próbuje zostać komisarzem ONZ od uchodźców.  Facet odleciał po prostu do USA i w pokrętnym stylu chciał sobie zapewnić wsparcie wszystkich sił politycznych w Polsce i w USA w realizacji chorego projektu dobroczynnego, bo praca w ONZ jest w istocie działalnością na rzecz dobra wszystkich ludzi.

  Niektórzy mówią, że pan Hołownia nie ma szans na zajęcie tego stanowiska. Ja obawiam się dzisiaj, że on zajmie to stanowisko, ponieważ jego rola w Polsce dobiegła końca. Taki był amerykański plan i pan Hołownia swoją nagrodę dostanie. No, może zostanie doradcą komisarza, ale nie bądźmy drobiazgowi. Hi, hi, hi…

  Piotr Tomski

Dodaj komentarz