Po opublikowaniu dzisiaj danych na temat inflacji na Islandii, wszyscy powinni pozbyć się złudzeń w kwestii rozwoju tego kraju i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Hi, hi, hi… Chyba że są bankierami lub ich kuzynami. Hi, hi, hi…

 

Od kwietnia br. poziom inflacji na Islandii waha się pomiędzy 3,8% a 4,2%. Raz tak, raz tak. Stopa referencyjna banku centralnego wynosi od maja 7,5% i według deklaracji ekspertów ekonomicznych i bankierów już w bieżącym roku nie ulegnie zmianie. I teraz najciekawsze. Głównymi przyczynami wzrostu inflacji w czerwcu były ceny biletów lotniczych (wzrastają co roku o tej porze) i wzrost cen w restauracjach (normalne w sezonie turystycznym). I co o tym myśleć? Uciekać! Hi, hi, hi…

  Przeciętny, szary obywatel Islandii czy imigrant pracujący na normalnym etacie poprzez zabiegi banku centralnego już przed dwoma albo trzema laty stracił zdolność kredytową do zaciągania kredytów hipotecznych. Po trzech latach takiego stanu formalnego stoją puste, niesprzedane mieszkania, a szarzy obywatele nie mają gdzie mieszkać w tak zwanych – ludzkich warunkach. Coraz częściej następują też wyprowadzki z nowych mieszkań, bo koszt spłaty kredytu przekracza możliwości właścicieli. W moim bloku, w ciągu trzech lat od oddania go do użytku już czterech właścicieli na osiemnastu się zmieniło.

  Ratuje się system bankowy, czyli odwrócenie kryzysu z 2008 roku, ale wszystko poza bankami jest zagrożone. Rybołówstwo, które trzymało Islandię w czołówce bogatych państw, staje przed widmem klęski – koszty opłat połowowych i zmiany rynków poza Islandią. Turyści przywożą coraz mniej pieniędzy. Wielkie, islandzkie inwestycje w łapanie dwutlenku węgla, co Trump załatwił jedną decyzją o wypowiedzeniu pakietu klimatycznego, zachwieją całą Islandią. Może tylko rozwój serwerowni i dużych komputerów coś uratuje, ale do tego szarzy obywatele nie są potrzebni. Hi, hi, hi… Uciekaj Islandczyku, gdzie pieprz rośnie. Hi, hi, hi…

  Piotr Tomski

Dodaj komentarz