Po ostatnich wyborach do parlamentu na Islandii zmieniła się konfiguracja partii politycznych i po zwycięstwie lewicowego sojuszu kilku organizacji, po stworzeniu z tym sojuszem dodatkowej koalicji przez dwie partie, powstał nowy rząd na czele z premier Kristrun Frostadóttir.

Foto: Siedziba premiera Islandii

  Rząd ma jedenastu ministrów i jest w nim tylko czterech mężczyzn. Odmiana w stosunku do poprzedniego rządu jest tak duża, że o lata świetlne wyprzedziła najśmielsze oczekiwania przed wyborami. Z gry wypadły przede wszystkim partie rządzące Islandią od dziesiątek lat z krótkimi przerwami na okresy kryzysów gospodarczych. No właśnie. Bo mamy cichy i wielki kryzys gospodarczy, z którego może wyprowadzić państwo wyłącznie koalicja z dużym poparciem społecznym.

  Nie jestem pewien, ale chyba nigdy w historii Islandii nie było w rządzie takiej przewagi kobiet. I chyba nigdy negocjacji w sprawie powstania rządu Islandii nie prowadziły wyłącznie trzy kobiety, którym powierzyła to zadanie kobieta – prezydent Islandii. Niesamowite jest to w relacji z USA, gdzie mizogin został prezydentem i miał poparcie kobiet. Dzisiaj Islandia na pewno jest kobietą. Hi, hi, hi… A ja całym sercem jestem z tym rządem.

  Teoretycznie powinienem popierać poprzedni rządzącą Partię Niepodległości, bo była to partia liberałów. Niestety, kierownictwo tej partii zdradziło chyba wszystkie ideały liberalizmu i zarządzało państwem jak prywatnym folwarkiem. Na pożegnanie na przykład premier dał swojemu kolesiowi pięcioletnią koncesję na połów wielorybów, chociaż większość Islandczyków przeciwko temu protestowała, a sam połów wielorybów nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Koleś kolesiowi to był główny motyw rządzenia krajem. Hi, hi, hi…

  Piotr Tomski

Dodaj komentarz