Na Islandii za tydzień odbędą się przedterminowe wybory do Alþingu, bo obecnie rządząca koalicja trzech partii, dzięki obecnemu premierowi, zeszła w poparciu społecznym na samo dno.

  13 października 2024 roku premier Bjarni Benediktsson podał rząd do dymisji. Można snuć różne rozważania na temat przyczyn spadku popularności premiera i jego Partii Niepodległości, ale dwie sprawy są najważniejsze: emigranci i spadek realnych dochodów społeczeństwa. Rząd nie reagował w odpowiedni sposób na inflację i napływ emigrantów z różnych stron świata, którzy nie bardzo chcą się asymilować i tym bardziej nie chcą tu pracować. W tle były też skandale finansowe związane z premierem i udziałem jego ojca w prywatyzacji banku na Islandii. Islandczycy wreszcie przypominieli sobie, że od 2008 roku (wtedy Islandia była prawie bankrutem) ci sami ludzie zarabiają na nich i wysysają kasę z reszty społeczności. Ojciec premiera dostał nawet ciekawe przezwisko: prezes Islandii.

   Sondaże na ostatniej prostej wskazują, że zwycięży jedna z partii, które chcą zawrzeć po wyborach rządowa koalicję. Chodzi o Samfylking i Viðreisn. Obu partiom brakuje według sondaży jednego posła do większości parlamentarnej potrzebnej do utworzenia nowego rządu. Zobaczymy za tydzień.

  Jest ryzyko dogadania się polityków ze starego rozdania, zwłaszcza że Viðreisn utworzyli w 2016 roku renegaci z Partii Niepodległości Bjarniego Benediktssona. Byłoby wesoło, co na Islandii jest w zasadzie normalne. Mam jednak nadzieję, że lewicowy Samfylking wejdzie z pierwszego miejsca do parlamentu i dostanie misję tworzenia rządu, co Bjarniego przekreśli definitywnie.  

Piotr Tomski

Dodaj komentarz