Zapadła dzisiaj decyzja sądu brytyjskiego w sprawie dalszego pobytu w areszcie pewnego polskiego urzędnika, który prawdopodobnie brał udział w działaniach poważnej grupy przestępczej, wyprowadzającej pieniądze ze Skarbu Państwa i pieniądze z Unii Europejskiej.

Foto: Londyn
Pan polski urzędnik wyjechał do Londynu i chciał tam podobno znaleźć sobie pracę. Nie wiem, czy myślał o pracy na zmywaku, w sprzątaniu czy może w defraudowaniu pieniędzy, ale na razie pracy nie miał. Sąd brytyjski już dwa razy zdecydował o jego pobycie w areszcie.
Warunki jakie otrzymał o brytyjskiego systemu wymiaru sprawiedliwości według wielu dziennikarzy i lokalnych obrońców praw człowieka są dość trudne. Mam jednak wrażenie, że krytycy więzienia w Londynie nie odwiedzali polskich ośrodków resocjalizacyjnych, zwłaszcza tych już pozamykanych, na przykład w centrum Warszawy albo w Kaliszu. Polskie ośrodki jeszcze na początku XXI wieku były tak wspaniałe, że ich szerszego opisywania tutaj uniknę, ale wszystkich, którzy w nich przebywali mogę mieć za świadków upodlenia człowieka przez człowieka.
Brud, smród i ubóstwo odczuwalne całą dobę. Gnijące budynki z gnijącą zawartością dobijały najsilniejszych. Śmierdzący i przeżarty rdzą klozet, zamocowany w przeżartych rdzą rurach, spłukiwany jedynie wodą ze zlewu, umieszczony był w takim miejscu celi, że głowa leżącego na łóżku znajdowała się pół metra od odsłoniętego urządzenia. Skazanemu nie wolno było położyć głowy po przeciwnej stronie łóżka, żeby nogi leżały przy klozecie, bo oddziałowy nie widziałby jej w czasie snu skazanego. W takiej celi przebywało co najmniej dwóch osadzonych, ale wsadzano tam często trzeciego z łóżkiem, które stało dosłownie w drzwiach i wszyscy trzej skazani – wychodząc z celi – musieli po tym łózko przechodzić.
Nie znam więzienia w Londynie, ale jestem pewien, że ten polski urzędnik pracę tam dostanie na pewno.
Piotr Tomski