Zespół Delbrücka jest ciężką przypadłością, która powoduje, że osoba nią dotknięta wcześniej czy później się ośmiesza i zaczyna budzić tylko politowanie. Niestety, podobnie jest z premierem Mateuszem Morawieckim. Podobnie, bo tak naprawdę to on nigdy nie budził we mnie innych odruchów. Hi, hi, hi…

W czasie działania studia nagrań u Sowy wystąpił również nasz Pinokio. I nie było to jakieś tam wystąpienie, bo mieliśmy od razu wielki przebój. Dwa elementy tego przeboju uderzyły mnie najbardziej. Chodzi mianowicie o miskę ryżu i banki służbowe oraz państwowe. Facet skompromitował się maksymalnie, a Kaczyński poprowadził go za rączkę na fotel premiera z PiS. Ten ciąg zdarzeń był dla mnie wytłumaczalny tylko w jeden sposób: wielki Strateg z Żoliborza musiał wykonać polecenie. No właśnie. Czyje to było polecenie? Kto miał tyle mocy, żeby na fotelu premiera posadzić człowieka z zespołem Delbrücka i ryzykować przez wiele lat jego mitomanią? Nie wiem, ale Kaczyński samodzielnie aż tak głupi nie jest.
Entuzjastyczne zapowiedzi Morawieckiego z początku jego rządów mogę tylko porównać do szklanych domów u Żeromskiego; niby wszystko się układa w logiczną całość, tyle że sensu w tym nie ma najmniejszego. Mity podtrzymywane na siłę potrafią się za to zemścić. Morawiecki ma zapewne ostatni moment istnienia w obszarze zainteresowania obywateli, chyba że jego rząd przetrwa dłużej niż dwa tygodnie. Za tydzień weryfikacja „szklanych domów”. Hi, hi, hi… A w Warszawie jednak kilka szklanych wieżowców pobudowano.
Piotr Tomski