Od kilku tygodni żyjemy na Islandii pod dyktando Matki Ziemi i dostosowujemy się do jej trzęsień albo do oczekiwań na erupcję wulkanu. Na Islandii nigdy nie było lekko i lekko nigdy nie będzie. Ale i tak nigdzie się nie wybieram. Hi, hi, hi…

Foto: Ostatnia erupcja na Reykjanes. Noc 25 lipca 2023 roku.
Mało jest miejsc na Ziemi, gdzie natura zmusza ludzi do uległości w takim stopniu, w jakim dzieje się to na Islandii. Nie ma chyba większej potęgi natury niż wulkan czy trzęsienie ziemi. Po człowieku może zostać tylko garstka pyłu czy chmurka oparów nad lawą. Gdybym miał popełniać samobójstwo, to chyba wybrałbym taki właśnie sposób jako bezwzględnie najskuteczniejszy. Hi, hi, hi… Rzut na płynącą lawę.
Śmieję się z tej domniemanej sytuacji, ale tak naprawdę wielu ludzi jest w położeniu, w którym do tej sytuacji jest blisko. Po pierwsze, lawa ciągle może zalać całe miasto. Po drugie, ludzie nie mieli pełnego ubezpieczenia i stracą dorobek życia w postaci domów. I wesoło nie jest. Stan obecny już pokazuje, że sporo domów będzie do rozbiórki, bo znalazły się na szczelinach, które pojawiły się przy trzęsieniach ziemi.
Mieszkańcy Grindaviku nie mogą wrócić na stałe do domów od kilku tygodni i nic nie wskazuje na ten powrót w dającym się określić czasie. Ostatniej nocy magma znowu dała o sobie znać i czekamy. Trzydzieści tysięcy ludzi może stracić dostęp do ogrzewania i wody, a między tymi ludźmi jestem ja. Wesoło nie jest.
Piotr Tomski