Wystąpienie ministra sprawiedliwości w Sejmie zawierało jedno piękne słowo, którym od dzisiaj będę go nazywał. Dlaczego? Bo drugiej takiej ofermy w polskiej polityce nie ma. Hi, hi, hi…

Kiedy rzucał PiS, to liczył na zajęcie miejsca Kaczyńskiego. I co z tego wyszło? Zero. Zero zresztą było wcześniej i jest do dzisiaj. W każdym razie bunt Ziobry skończył się mikroskopijnym poparciem wyborców i powrotem na łono Jarosława, na którego Zbysiu piszczał niemiłosiernie, żeby po kilku latach złożyć mu pokłony. Śmieszne to jest, bo Kaczyńskiemu była właśnie potrzebna taka fujara do zrzucania na nią odpowiedzialności za błędy i niepowodzenia w reformowaniu sądownictwa, które w Polsce zeszło na dno.
Na himalajską wielkość tego Ziobrowego fujarstwa wskazuje przede wszystkim jego związek małżeński, który według zeznań pewnego świadka koronnego jest efektem szeroko zakrojonych działań pruszkowskiego gangu w porozumieniu z pewnym pajacowatym detektywem. Jeśli w tych zeznaniach koronniaka jest cień prawdy na temat wielkiej miłości Zbysia, to fujara jest w jego przypadku komplementem. A w ogóle ta miłość zbiegła się z nabyciem pseudonimu Zero. Ciekawa koincydencja. Czy twórca tego pseudonimu już coś wiedział?
Tylko wielka fujara mogła dopuścić do działania hejterskiej grupy na czele z najbliższymi współpracownikami z ministerstwa. Byłem bardzo blisko tej grupy na Twitterze i pękałem ze śmiechu, kiedy ujawniono szczegóły jej działalności, a z jedną z ofiar panów ministrów rozmawiałem już w czasie jej pobytu w szpitalu psychiatrycznym.
No i jaką fujarą trzeba być, żeby przy posiadanych narzędziach przez tyle lat nie wsadzić do więzienia Tuska. Hi, hi, hi…
Piotr Tomski