
Odbyły się wybory nowego szefa największej partii na Islandii i wielu liczyło na zmianę. I się przeliczyło. Mamy więc nowego starego Bjarniego na nowym starym stolcu, jak mawiali starzy Polacy. Ja nie jestem zaskoczony ani trochę. Cieszę się nawet, że zaczyna się prawdziwy dojazd tego mało rozgarniętego politycznie społeczeństwa. Hi, hi, hi…
Z dniem pierwszego listopada wygasły pracownicze umowy zbiorowe, a prezes banku centralnego zapowiedział, że nie może być żadnych podwyżek dla pracowników. Negocjacje trwają, ale nawet żądania związków zawodowych nie zabezpieczają strat pracowników w wyniku inflacji. Co na to nowy stary Bjarni? No właśnie on nie wie. On nie ma jeszcze planu na przyszły rok, oczywiście oprócz tego, że chce prywatyzować banki państwowe i spłacać długi państwa. Byłoby śmiesznie, gdyby nie chodziło o państwo, które czternaście lat temu stało na progu bankructwa i do dzisiaj spłaca tamte długi.
Tatuś Bjarniego niedawno nabył od syna (jako premiera sprzedającego udziały państwa islandzkiego) udziały w jednym z trzech islandzkich banków. I tu ciekawostka. Synuś nie wiedział, komu te udziały sprzedaje. Nie chcę już nawet tego komentować, ale każda wersja tego zdarzenia dyskwalifikuje pana wicepremiera rządu Islandii. Dno. I tu druga ciekawostka. Ten bank został uratowany przed upadkiem za pieniądze państwa, a udziałowcem banku upadającego w 2008 roku był też tatuś Bjarniego. Sam Bjarrni w 2008 roku osobiście u tatusia uratował swoje pół miliona dolarów, kiedy wiedział, że banki będą nacjonalizowane.
Islandczycy wobec powyższego wiedzą jedno: nic się nie stało i wszystko jest zgodne z prawem, bo Bjarni nigdy niczego nie wiedział. Hi, hi, hi…
Piotr Tomski