Zakładam, że za pewien czas Rosjanie sami zakończą działania wojenne na Ukrainie jakimś spektakularnym sukcesem. Może to będą przeprowadzone właśnie referenda, może to było uderzenie w gazociągi na Bałtyku, a może zrzucą gdzieś bomby atomowe.
Zastanawiam się, kto wygrywa wojnę na Ukrainie. Rosjanie i Ukraińcy ponoszą tak duże koszty tej wojny, że nigdy nie będzie można mówić o zwycięstwie. Kto zyskuje? Pierwsi, którzy mi przychodzą na myśl, to są Amerykanie, ale już na drugim miejscu są … Norwegowie. Czy wobec niedługiej perspektywy wojny o Arktykę, nie można sobie założyć, że Norwegowie chcą się ekonomicznie tak podbudować, żeby reszta ewentualnych stron arktycznego sporu nie miała z nimi najmniejszych szans. Nie wiem, ale po śledzeniu zysków z tego szaleństwa cenowego – zwłaszcza po wyłączeniu rosyjskich dostaw – chyba jasne staje się poznawanie po owocach.
Z drugiej strony, według wersji norweskich polityków, te zyski gdzieś giną u pośredników w handlu surowcami i energią, a ogromne koszty podwyżek już samej energii dotykają również obywateli Norwegii z racji jej urynkowienia przez połączenie sieci energetycznych z Unią Europejską. I co o tym myśleć? Nie wiem, ale politycy norwescy i biznesmeni mogą przecież dosłownie „wypijać soki życiowe ze społeczeństwa” i z pełną świadomością dzielić się zyskami ze spekulantami na giełdach europejskich.
Amerykanie mają czyste pole. Oni zawsze zarabiają na cudzych wojnach. I tym razem kasa popłynie do nich szerokimi strumieniami, chyba że Chiny wkroczą do wojny, a terytorium USA stanie się przypadkiem areną nuklearnych wybuchów rosyjskich bomb. W takiej układance to ja już nic nie widzę.
Piotr Tomski