Wiem, że nie jest ładna radość z jakiejkolwiek formy cudzej przykrości, z której nie mamy nic, ale usprawiedliwiam się tylko tym, że Tomasz Lis wszedł raz ze mną w tak zwaną interakcję na Twitterze – zablokował mnie z powodu krytycznych uwag pod jego adresem. Marne to usprawiedliwienie, które tylko pogłębia podłe podłoże tej radości. Hi, hi, hi..
Czytam Tomasza Lisa, bo mam subskrypcję jego tygodnika, i czytałem jego ostatni, bardzo obszerny wstępniak o upadku polskiego dziennikarstwa. Tak. Piękne pożegnanie to było z redakcją. Nie jestem jednak jakimś szczególnym fanem Newsweeka i nie uważam, że Tomasz Lis jest niezastępowalnym geniuszem na dotychczasowym odcinku pracy. Dlaczego? A choćby dlatego, że pamiętam, jak do tego Newsweeka trafił. Pamiętam, jak odchodził z Wprost. Pamiętam, jak żegnał się z TVN. Moja pamięć jest obciążeniem, niestety. Hi, hi, hi… Więcej pożegnań panu Tomaszowi Lisowi nie będę wypominał, ale pani Hania Lis mimo interakcji na Twitterze mnie nie zablokował. Różnimy się znacznie w spojrzeniu na wiele kwestii, ale klasa tej pani nie pozwoliłaby mi na jej krytykowanie pod jakimkolwiek względem.
Z dzisiejszej perspektywy ubolewam tylko nad jednym wobec powyższego zredukowania redaktora naczelnego Newsweeka, a mianowicie obawiam się jednak zmiany tak zwanej linii redakcyjnej pisma w kierunku PiS. Kasa może zwyciężyć.
Piotr Tomski