Doszliśmy w Polsce do takiego punktu, w którym chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dalej już nie można iść w tym towarzystwie. Hi, hi, hi … Czy zatem znajdzie się jeden sprawiedliwy, żeby wskazać drogę i nie pozwolić do reszty rozszarpać tego sienkiewiczowskiego kawałka sukna?
Z założenia jestem przeciwny tworzeniu w polityce autorytetów, którym ufa się niczym bogom. Jeszcze żyją Niemcy, którzy pamiętają Hitlera z jego autorytetem. Żyją jeszcze Hiszpanie od generała Franco. O Piłsudskim nie wspomnę, bo każdy Polak o nim pamięta. Dwudziesty pierwszy wiek ze swoim powszechnym dostępem do informacji rozwiał ostatecznie mity i legendy na temat powyższych postaci, które swoją nikczemność kryły za propagandą i kłamstwami. Teraz już tylko wyjątkowo uparci ludzie mogą jeszcze widzieć w tych panach coś pozytywnego dla współczesnych.
Poważnie rzecz ująwszy, nie widzę nawet jednej osoby, która w Polsce mogłaby rozpocząć proces politycznych zmian w pozytywnym kierunku. Jeśli widzę w ogóle jakichś uczciwych ludzi w polskiej polityce, to społeczne poparcie dla nich z różnych powodów jest na poziomie błędu statystycznego. Nie widzę więc żadnego ratunku dla Polski. Mamy dokładnie tę samą sytuację, jaką mieli Polacy w 1939 roku.
Kiedy zobaczyłem premiera Morawieckiego, który czmycha przed rolnikami na drodze, to sobie pomyślałem, jak uciekałby ten tchórz, gdyby wybuchła wojna. Czy w czasie wojny na Żoliborzu wokół domu Kaczyńskiego stanęłaby cała polska armia? Czy może Kaczyński jeszcze przed wybuchem wojny byłby internowany na Węgrzech?
Piotr Tomski